Gdzie u licha są Niemcy?!
W gronie osób, których w naszym kraju nie wolno pod żadnym względem krytykować obok Karola Wojtyły i prof. Bartoszewskiego znalazł się dziś Andrzej Wajda. A więc oczywiście pozwolę sobie zamachnąć się na tą świętą ikonę polskiego kina jak nie przymierzając Szwed na Matkę Boską Częstochowską.
Mowa oczywiście o nominacji “Katynia” do Oscara za film nieanglojęzyczny. To, że film ogłoszony zostanie w Polsce arcydziełem było wiadomo właściwie jeszcze przed napisaniem scenariusza, gdy tylko zapowiedziano jego powstanie. Jeżeli w naszym kraju coś sprzedaje się lepiej od ekranizacji lektur to jest to martyrologia. Choć po premierze sporo inteligentniejszych i obiektywniejszych krytyków napisało, co o tej produkcji myśli, to dziś wszyscy apologeci Wajdy mogą z dumą zakrzyknąć “a nie mówiliśmy?!”. Oczywiście nie przeszkadza to tym samym osobom uznawać Oscarów za kiczowatą nagrodę niemającą nic wspólnego z walorami artystycznymi filmu.
Tymczasem warto by zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że film, który opowiada o czymś co jest nam bliskie nie czyni filmu automatycznie dziełem wybitnym. Warto by się zdystansować do tematyki filmu i ocenić to, co da się ocenić obiektywnie, scenariusz, grę aktorską, zdjęcia, etc. Niestety ludzie mają tendencje do gloryfikowania produkcji opowiadających o wydarzeniach autentycznych i zarazem ważnych dla nich. Po 11 września Amerykanie zachwycili się “Lotem 93″ Greengrassa mimo, że jest to półtorej godziny nudy. Kiczowaty “Karol, który został strażakiem… o, pardon… papieżem” też zrobił furorę (swoją droga fascynujące, że w filmie Polacy grali po włosku a potem sami siebie zdubbingowali). W przypadku “Katynia” mamy dokładnie to samo zjawisko, tylko że tym razem grupa bezpośrednio zainteresowanych tematem odbiorców jest już dużo mniejsza, bo ogranicza się właściwie do starszych pokoleń Polaków.
Dziwię się też aktorom i krytykom, którzy już zacierają ręce myśląc, że teraz to świat zainteresuje się Polska historią, a nominacja do Oscara sprawi, że mieszkańcy Zachodu pójdą do kina na ten film i uronią łzę nad smutnym losem polskich wojaków. Otóż żaden normalny Amerykanin na ten film nie pójdzie, bo Amerykanie nie oglądają nieamerykańskich filmów, nawet tych nominowanych do Oscara. Jeżeli nawet jakiś przypadkiem zabłądzi na seans, licząc pewnie na film wojenny, to będzie się zastanawiać gdzie u licha są Niemcy, albo chociaż Japończycy. Amerykanom II wojna światowa kojarzy się wyłącznie z Pearl Harbor i lądowaniem w Normandii. O tym, że byli tam też jacyś Rosjanie i Polacy nikt nie ma pojęcia.
Brak komentarzy.

