Delajowe Wynurzenia

“Frankly, my dear, I don’t give a damn.”

Akronimy, czyli o chodzeniu na skróty

W ramach rozważań nad teorią i praktyką przekładu postanowiłem poruszyć temat akronimów, lub jak kto woli, skrótowców. Wbrew pozorom tłumaczenie, niektórych skrótów nie jest wcale takie proste i czasami pojawiają się rozmaite problemy. Zatem po kolei…

Podstawowe pytanie jakie pojawia się, gdy spotykamy akronim, to czy zostawić go w oryginalnej pisowni, rozwinąć skrót w języku obcym, objaśnić jego znaczenie, znaleźć obcojęzyczny odpowiednik, a może samemu utworzyć własną wersję skrótu w języku docelowym? Najprościej jest oczywiście kiedy dany akronim ma swój angielski odpowiednik, wtedy wystarczy konsultacja ze słownikiem lub Internetem. Problem powstaje w przypadku, skrótu charakterystycznego wyłącznie dla języka źródłowego. Za przykład niech posłuży nam swojskie PRL. Co mamy zrobić z takim akronimem w tłumaczeniu angielskim? Zostawić jako PRL nie można, bo czytelnik nie zrozumie w ogóle o co chodzi. Przełożyć jako People’s Republic of Poland? W zasadzie można, ale i tak większości odbiorców tekstu taka nazwa własna nie będzie się z niczym kojarzyć. Próbę stworzenie angielskiej wersji skrótu, czyli PRP, pominę litościwie milczeniem. Najwłaściwszym rozwiązaniem będzie zastosowanie wytłumaczenia znaczenia. Możemy zatem przetłumaczyć PRL jako times of communism in Poland lub Polish Communist Party. W obydwu przypadkach znaczenie będzie zrozumiałe, a tłumaczenie nie musi być przecież dosłowne. Nieco inaczej będzie się sprawa miała w tekście specjalistycznym. Wtedy nie możemy sobie pozwolić na taką elastyczność, należy więc pozostać przy wersji People’s Republic of Poland i dodać w nawiasie polski skrót tak, aby czytelnik mógł potem znaleźć jakieś informacje na ten temat. Generalnie podczas przekładu należy kierować sie zasadą zrozumiałości i zastanowić się kto będzie odbiorcą danego tłumaczenia.

Podobnie ma się sprawa ze skrótami, których tłumaczyć w żadnym wypadku nie należy, ponieważ funkcjonują one tylko w brzmieniu oryginalnym i użyte w wersji polskiej będą trudne, lub niemożliwe do zrozumienia. Przykładami mogą być: IP, NATO lub USB. Pozbawione sensu jest też tłumaczenie niektórych polskich skrótów, zwłaszcza gdy są one nazwami firm. Zatem PKO BP to po prostu PKO BP Bank.

Kolejna sprawa to ciekawe, i nagminne wśród tłumaczy napisów filmowych, założenie, że rozmaite amerykańskie skróty są świetnie zrozumiałe dla każdego. O ile z takimi akronimami jak FBI czy CIA nie ma żadnych problemów, to już nie każdy zdaje sobie sprawę ze znaczenia skrótów DEA, LAPD, ATF, MI6 czy NSA. Niektórych skrótów nie trzeba zresztą nawet rozwijać (tym bardziej, że napisy kinowe wymuszają zwięzłość przekładu). LAPD wystarczy przetłumaczyć jako policja, zaś MI6 jako wywiad.

W amatorskich tłumaczeniach pokutują też skrótowce, które tak utarły się w naszym języku, że rzadko używa się ich pełnej formy i nie zdajemy sobie nawet sprawy, że skrót taki nie jest wcale uniwersalny na całym świecie. Swojskie polskie PCW to po angielsku PVC a Unia Europejska to EU a nie UE. Z kolei RPA nie jest po angielsku skracana i występuje jako South Africa.

Na uwagę zasługują też często stosowane w tłumaczeniu pleonazmy (powtórzenia znaczenia). Ich używanie nie jest niczym nagannym, wręcz przeciwnie, bardzo często jest konieczne do wykonania naturalnie brzmiącego przekładu. Dlatego też mamy płytę CD, numer PIN, język HTML itp. Taki zabieg przydaje się też przy problemach z utworzeniem liczby mnogiej popularnych skrótów. Zatem BMWs to samochody marki BMW, URLs to adresy URL a DVDs płyty DVD. Amerykanie i anglicy też zresztą nieświadomie używają pleonazmów w rodzaju PIN number czy ATM machine.

Wykorzystanie akronimów do gier słownych to już prawdziwy dramat dla tłumacza. Kiedy litery skrótu tworzą jednocześnie drugie znaczenie, czytelne tylko dla osoby znającej język (np. WRON lub SMART), pojawia się spory problem. Jeżeli tekst ma charakter czysto informacyjny możemy z reguły odpuścić sobie tłumaczenie takiego detalu. Gorzej kiedy kalambur jest kluczowy dla zrozumienia tekstu (np. w dowcipach). Czasami udaje się posłużyć ekwiwalentem funkcjonalnym, czyli utworzyć własny skrót o innej formie ale zawierającym podobną grę słów. Działa to niestety tylko wtedy, gdy znaczenie skrótu może być inne niż w oryginale, bo istotna jest tylko jego dwuznaczna forma. W innych przypadkach będzie nam musiał niestety wystarczyć przypis lub adnotacja w nawiasie.

Na zakończenie o dwóch często mylonych skrótach: e.g oraz i.e. Skrót e.g. tłumaczymy jako polskie np. (na przykład) zaś odpowiednikiem i.e. jest polskie tzn. (to znaczy) lub tj. (to jest).

10 styczeń 2008 - Opublikował/a delajati | O przekładzie... | | Nie ma jeszcze komentarzy

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz