O przesadnej literackości
Pomarudzę dzisiaj trochę na temat problemu przesadnej literackości w tłumaczeniach, skupiając się przede wszystkim na przekładzie napisów filmowych. Za przykład posłuży mi amatorskie tłumaczenie napisów do filmu “Elizabeth: The Golden Age” (tłumaczenie wykonane bardzo porządnie, ale grzeszące właśnie przesadną literackością przekładu).
Czym jest przesadna literackość? To używanie w przekładzie słów wyszukanych, górnolotnych, patetycznych, archaizmów i anachronizmów kiedy tekst tego nie wymaga. Nie należy więc używać wyrafinowanego słownictwa w tłumaczeniu zwykłej rozmowy czy prostego opisu. Wystrzegać się trzeba też przedobrzenia z literacką formułą, bo zamiast poruszającej, epickiej przemowy możemy w przekładzie uzyskać takie nagromadzenie środków stylistycznych, że efekt końcowy będzie wręcz komiczny.
Częste błędy i przykłady tego, czego nie należy robić omówię na przykładach z wspomnianego już wyżej filmu.
Now he is dead. I can see his face.
A teraz on jest nieżyw. Wciąż widzę jego oblicze.
Typowe literackie przegięcie, użycie słowa “nieżyw” wywołuje automatycznie uśmieszek na twarzy widza, a scena jest przecież dramatyczna. Słowo “oblicze” też jest tu przesadzone. Wypowiadana kwestia jest bardzo emocjonalna, więc nikt nie będzie używał wtedy takich słów.
Moja propozycja przekładu:
Teraz jest już martwy. Wciąż widzę jego twarz.
Kolejny przykład, kwestia królowej rozmyślającej nad wyrokiem dla Marii Stuart:
I’d be low to die so bloody a death.
Niechętnie pomrę tak krwawą śmiercią.
Autor usilnie stara się nadać śmierci jakiś podniosły charakter. Słowo “pomrę” pojawia się w napisach bardzo często. Znów scena jest emocjonalna, przerażona królowa zwierza się przyjacielowi, nie ma więc mowy o żadnych wyszukanych słowach. Przy okazji źle przetłumaczono słowa “to be low”.
Moja propozycja przekładu:
To hańba umrzeć tak krwawą śmiercią.
W następnym przykładzie królowa zwierza się swojemu kochankowi:
- Since when were you so afraid?
- I’m always afraid.
- Od kiedy tak bardzo się lękasz?
- Zawsze się lękam.
Poza niezgrabnościami stylistycznymi razi tu zwrot “lękać się” używany przez autora z upodobaniem w każdym miejscu gdzie w filmie pojawia się “to be afraid”. O lękaniu się może przemawiać papież do wiernych a nie płacząca, przestraszona kobieta.
Propozycja przekładu:
- Nagle tak bardzo się boisz?
- Całe życie się bałam.
Kolejnym problemem jest uporczywe stosowanie form typu: mej, twej, me, twe, etc. Takie wyrazy od razu wydają się dziwnie nie na miejscu i tworzą niepotrzebnie podniosły nastrój, który zazwyczaj kontrastuje ze stylem prowadzonej rozmowy. Wyjątkiem są oczywiście sytuacje, kiedy oryginalne dialogi rzeczywiście brzmią poetycko i doniośle. Przykładem niech będzie tu wypowiedź austriackiego księcia, który poetycką angielszczyzną prawi królowej pochlebstwa.
Oh, Elizabeth! To speak your name is to hear celestial music.
Elżbieto! Imię twe brzmi jak głos chórów niebiańskich.
Tutaj możemy sobie pozwolić na “twe”, na “niebiańskie chóry” a nawet na zmianę kolejności przymiotnika i rzeczownika.
Dużym błędem było założenie przez autora przekładu, że postaci w filmie porozumiewają się ze sobą w jakimś dziwnie literackim języku. Tymczasem aktorzy nie silą się nawet na używanie staroangielskich form typu “doth”, “art”, “thou”, etc. To prawda, że w oficjalnych sytuacjach królowa i dworzanie posługują się sztywnym, formalnym i urzędowym językiem, ale w żadnym wypadku nie jest to język literacki, to nie sztuka Szekspira. Co więcej, w sytuacjach intymnych i prywatnych wszyscy mówią językiem potocznym, pozbawionym jakiejkolwiek nuty poetyckiej.
Poświęcę jeszcze chwile uwagi pojawiającym się bardzo często w filmie oficjalnym zwrotom typu “my lady”, “sir”, “your majesty”, itp. Ponieważ postaci używają ich praktycznie w co drugim zdaniu ich zagęszczenie jest bardzo duże. Autor stara się skrupulatnie tłumaczyć każdy taki zwrot, co samo w sobie nie jest błędem, ale powoduje zwiększenie objętości napisów, czego jak wiadomo powinno się za wszelką cenę unikać. Co ciekawe, zwroty tego typu pojawiają się w napisach nawet wtedy, kiedy w oryginalnych dialogach ich nie ma. Oczywiście nie możemy całkiem z nich zrezygnować, są one niezbędnym elementem stylu wypowiedzi tamtej epoki. Możemy natomiast tłumaczyć je tylko od czasu do czasu, tak aby widz mógł zorientować się w stylu mówienia bohaterów, ale nie był jednocześnie obciążany koniecznością czytania zbyt długich napisów.
Na koniec jeszcze garść przykładów wyciągniętych z filmu:
Poznaczone czasem jest me lico.
Pogoda przybiera mroczne oblicze.
A jeśli chodzi o posiadanie dziecięcia… (tu ciekawy kontrast potocznego “jeśli” z poetyckim “dziecięciem”)
Nie wiem kim jesteście, ni co czynisz.
Ten człek uwiódł podopieczną królowej.
Przestrzegam zatem przed używaniem w przekładzie wszelakich wyszukanych wyrażeń i archaizmów. Zanim zastosujemy słowo odbiegające od normy dobrze się zastanówmy, czy pasuje ono do kontekstu wypowiedzi, kontekstu historycznego, stylu wypowiedzi postaci, etc.
Sałatka z brokułów
Ponieważ lubię gotować i preparować rozmaite rzeczy pozwolę sobie podzielić się na niniejszym blogu różnymi ciekawymi przepisami. Może ktoś się skusi żeby je samemu wypróbować.
A zatem…
SAŁATKA Z BROKUŁÓW
Składniki:
1 duży brokuł (w ostateczności może być mrożony)
1 puszka kukurydzy
1 puszka ananasów w kawałkach
7 jajek
80g startego żółtego sera
Majonez, sól, pieprz, papryka słodka/chili
Przygotowanie: Brokuł gotujemy na półtwardo w osolonej wodzie z dodatkiem łyżeczki cukru i odrobiną soku z cytryny (żeby brokuł nie stracił koloru) a potem drobno siekamy. Dodajemy kukurydzę, starty ser, posiekane jajka i ananas (kawałki z puszki są zazwyczaj dość duże, więc kroję je jeszcze na pół). Całość przyprawiamy kilkoma łyżkami majonezu, solą, pieprzem i słodką papryką lub chili (wedle preferencji ostrości). Mieszamy, wstawiamy na 1-2 godziny do lodówki i konsumujemy.
U mnie w domu ta sałatka robi furorę i jest pochłaniana w ogromnych ilościach praktycznie co tydzień :)
Filmowo - 2




Volkodav - Rosyjskie fantasy. Takich filmów nie należy robić. Wszyscy aktorzy to faceci z brodą, być może nawet wszystkich gra ten sam aktor, ciężko stwierdzić. Głównemu bohaterowi z brodą ukazuje sie matka boska i wykłada mu, że mir eta ljubow, więc bohater zabija wielu złych facetów z brodą, ratuje świat i zdobywa serce pięknej słowiańskiej dziewoi. Właściwie wszystko w tym filmie jest złe, scenariusz, aktorzy, montaż, efekty specjalne. Fajny jest tylko nietoperz. Szkoda, bo Rosjanie zwłaszcza ostatnio pokazali, że potrafią kręcić świetne filmy. Ocena: 1/5
15:10 do Yumy - Remake, co dość popularne ostatnio. Westernu, co zdecydowanie mniej popularne. Ranczer na granicy bankructwa podejmuje się eskortowania groźnego bandyty na stację kolejową, gdzie tytułowy pociąg więzienny ma go zabrać przed oblicze sprawiedliwości. Bandziora oczywiście próbują odbić jego towarzysze, a sam herszt okazuje się postacią bardzo niejednoznaczną. Bardzo dobry film, fajne kreacje aktorskie Crowe’a (świetny kapelusz!) i Bale’a. Całość raczej niezbyt w duchu klasycznego westernu, więc pewnie dlatego fajnie się ogląda. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł żeby zrobić jakąś muzykę do tego (na soundtracku jest, ale w filmie, poza samą końcówką, w ogóle się jej nie zauważa). Zdecydowanie lepsze niż oryginał, co akurat jest normą w przypadku remake’ów. Ocena: 4/5
The Flock - Taki sobie thriller psychologiczny. Wielka szkoda, że bardziej thriller niż psychologiczny. Bohaterem jest urzędnik-weteran zajmujący sie nadzorem zarejestrowanych przestępców seksualnych, który odchodzi niebawem na emeryturę, wyszkolić więc musi sobie godną następczynię. Do tego dochodzi wątek porwanej nastolatki, którą trzeba odnaleźć zanim źli ludzie obetną jej różne rzeczy. Miałem nadzieję, że akcja rozwinie się w coś w rodzaju ‘8mm’, gdzie bohatera powoli wypacza obsceniczna rzeczywistość, z która musi obcować, ale twórcy woleli postawić na proste rozwiązania, więc dużo straszą i leje się krew. Wyjątkowo wkurzający montaż scen otwierających film, aż miałem ochotę go wyłączyć. Przyzwoita rola Richarda Gere jako człowieka bezradnego. Jak zwykle śliczna Claire Danes nic do filmu nie wnosi i zupełnie nie wiem po co jej postać umieszczono w tej historii. Zakończenie sfuszerowane, czyli dobrzy pozostają dobrzy, zło zostaje ukarane a ofiary żyją długo i szczęśliwie. Ocena: 2/5
Atonement - Melodramat z wojną w tle. Film bardzo nierówny, zdecydowanie zbyt pretensjonalny i łzawy, żeby zrobić na kimś większe wrażenie. Młoda dziewczyna pokutuje za grzechy dzieciństwa, kiedy to mylna interpretacja pewnych zdarzeń zniszczyła miłość życia jej siostry. Zasadniczo pomysł jest dobry, ale jego wykonanie kuleje. Jak na film o ekspiacji zdecydowanie za dużo wątków poświęcono wojnie. Film wojenny też to nie jest. Jest kilka niezłych scen, ale całość nie wytrzymuje próby wiarygodności, jest bardzo naiwna i zbyt melodramatyczna żeby wzruszyć. Na dodatek chronologia zdarzeń to prawdziwy koszmar. Akcja zaczyna się w latach 30. gdzie te same wydarzenia pokazane są z punktu widzenia różnych osób, potem przeskakujemy w czasy II wojny światowej żeby za chwilę cofnąć się z powrotem i obejrzeć te same sceny puszczone wstecz, następnie znów wracamy, cofamy się wstecz o 3 tygodnie w zupełnie inne miejsce, po drodze jest jeszcze kilka retrospekcji, a na zakończenie przenosimy się do czasów współczesnych i dowiadujemy się, że pół filmu właściwie się nie zdarzyło. Aktorsko nic nadzwyczajnego, a Keira Knightle’y jest wyjątkowo irytująca. Muzyka niezła, zwłaszcza pomysłowo wplecione takty na maszynie do pisania tworzą interesujący efekt. Zdjęcia momentami śliczne, choć na zbliżeniach strasznie chaotyczne. Całość warto zobaczyć głównie dla rewelacyjnej sceny na plażach Dunkierki, która trwa ok. 5 minut i została nakręcona jako jedno długie ujęcie. Generalnie podobną, tylko o wiele lepiej zrobioną, opowieść można obejrzeć w “Bardzo długich zaręczynach”. Ocena: 3/5
O wiolonczeli
Właściwie to nie jestem zwolennikiem coverów ani innych remixów piosenek. Z jednym chlubnym wyjątkiem. “Nothing Else Matters” zespołu Metallica jest oczywiście kawałkiem kultowym i bez wątpienia świetnym dziełem muzycznym, ale aranżacja tego utworu na wiolonczele wykonana przez zespół Apocalyptica jest absolutnym arcydziełem. Gitarę zastąpiono kwartetem smyczkowym i usunięto wokal, co tylko wyszło piosence na dobre, bo tekst przeszkadzał w odbiorze melodii. Nieznający jeszcze mogą się z powyższym utworem zapoznać np. tutaj. Rekomenduję też utwór “Fade to Black” tej samej kapeli. Samej kapeli zaś, z kilkoma może jeszcze wyjątkami, nie polecam. Wiolonczela jest fenomenalnym instrumentem, ale można też z niej wydobyć cała gamę wyjątkowo irytujących i przykrych dla ucha dźwięków. Apocalyptica potrafi z takich dźwięków komponować całe piosenki.
P.S. Żałoby narodowe zaczynają być w naszym pięknym kraju nadwiślańskim trochę męczące. Widać skoro Leszek nie może trafić do annałów historii, to chociaż do księgi rekordów Guinnessa spróbuje.
Gdzie u licha są Niemcy?!
W gronie osób, których w naszym kraju nie wolno pod żadnym względem krytykować obok Karola Wojtyły i prof. Bartoszewskiego znalazł się dziś Andrzej Wajda. A więc oczywiście pozwolę sobie zamachnąć się na tą świętą ikonę polskiego kina jak nie przymierzając Szwed na Matkę Boską Częstochowską.
Mowa oczywiście o nominacji “Katynia” do Oscara za film nieanglojęzyczny. To, że film ogłoszony zostanie w Polsce arcydziełem było wiadomo właściwie jeszcze przed napisaniem scenariusza, gdy tylko zapowiedziano jego powstanie. Jeżeli w naszym kraju coś sprzedaje się lepiej od ekranizacji lektur to jest to martyrologia. Choć po premierze sporo inteligentniejszych i obiektywniejszych krytyków napisało, co o tej produkcji myśli, to dziś wszyscy apologeci Wajdy mogą z dumą zakrzyknąć “a nie mówiliśmy?!”. Oczywiście nie przeszkadza to tym samym osobom uznawać Oscarów za kiczowatą nagrodę niemającą nic wspólnego z walorami artystycznymi filmu.
Tymczasem warto by zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że film, który opowiada o czymś co jest nam bliskie nie czyni filmu automatycznie dziełem wybitnym. Warto by się zdystansować do tematyki filmu i ocenić to, co da się ocenić obiektywnie, scenariusz, grę aktorską, zdjęcia, etc. Niestety ludzie mają tendencje do gloryfikowania produkcji opowiadających o wydarzeniach autentycznych i zarazem ważnych dla nich. Po 11 września Amerykanie zachwycili się “Lotem 93″ Greengrassa mimo, że jest to półtorej godziny nudy. Kiczowaty “Karol, który został strażakiem… o, pardon… papieżem” też zrobił furorę (swoją droga fascynujące, że w filmie Polacy grali po włosku a potem sami siebie zdubbingowali). W przypadku “Katynia” mamy dokładnie to samo zjawisko, tylko że tym razem grupa bezpośrednio zainteresowanych tematem odbiorców jest już dużo mniejsza, bo ogranicza się właściwie do starszych pokoleń Polaków.
Dziwię się też aktorom i krytykom, którzy już zacierają ręce myśląc, że teraz to świat zainteresuje się Polska historią, a nominacja do Oscara sprawi, że mieszkańcy Zachodu pójdą do kina na ten film i uronią łzę nad smutnym losem polskich wojaków. Otóż żaden normalny Amerykanin na ten film nie pójdzie, bo Amerykanie nie oglądają nieamerykańskich filmów, nawet tych nominowanych do Oscara. Jeżeli nawet jakiś przypadkiem zabłądzi na seans, licząc pewnie na film wojenny, to będzie się zastanawiać gdzie u licha są Niemcy, albo chociaż Japończycy. Amerykanom II wojna światowa kojarzy się wyłącznie z Pearl Harbor i lądowaniem w Normandii. O tym, że byli tam też jacyś Rosjanie i Polacy nikt nie ma pojęcia.
Pstryk pstryk
Zakupiłem sobie dzisiaj aparat fotograficzny. Ponieważ stary Zenit ledwo już zipie i od czasu do czasu źle naświetla klisze musiałem w końcu zaopatrzyć się w coś nowszego, a na lustrzankę cyfrową niestety jeszcze nie mogę sobie pozwolić. Wybór padł na Nikona F55, którego udało mi się nabyć po śmiesznie niskiej cenie na wyprzedaży. Aparat jest całkiem przyjemny, wyjątkowo jak na lustrzankę lekki. Liczba funkcji może nie powala, ale mnie w zupełności wystarczy; w porównaniu do Zenita i tak drastycznie zwiększa moje możliwości. Do całości dokręcony obiektyw 28-80 G Nikkor. Na dzisiejsze czasy sprzęt dość zabytkowy, ale będę mógł wreszcie popstrykać trochę. :)
Napisy filmowe, czyli forma kontra treść
Oto i pierwszy z serii wpisów na temat sztuki tworzenia napisów do filmów. Ponieważ liczba amatorskich tłumaczeń jest w Internecie ogromna, postanowiłem przytoczyć kilka zasad, porad i opinii, które nasunęły mi się podczas oglądania rozmaitych filmów. Zaznaczam od razu, że jakość publikowanych napisów w ostatnich kilku latach poprawiła się diametralnie. Co mnie bardzo cieszy.
Na początek kilka podstawowych reguł oraz problemów, z którymi spotyka się każdy, kto próbuje stworzyć napisy do filmu. Mamy tutaj odwieczny konflikt formy z treścią. Niestety, przy tworzeniu napisów następuje zmiana sposobu komunikacji z odbiorcą filmu, przenosimy bowiem język mówiony na język pisany, z czego wynika szereg komplikacji.
Pierwszą jest oczywiście rozproszenie uwagi widza, który musi jednocześnie czytać napisy i patrzeć na to co dzieje się na ekranie. No ale to już jego a nie tłumacza problem.
Drugą kwestią jest diametralnie różny czas przyswojenia wypowiedzi ustnej i pisemnej. Czytanie napisów zabiera zdecydowanie więcej czasu, co bardzo komplikuje sprawę. Polacy są w tym względzie szczególnie poszkodowani, ponieważ składnia języka polskiego jest bardzo swobodna, co wymaga od nas dość dokładnego wczytania się w każde zdanie. Na pocieszenie dodam, że w językach arabskich i azjatyckich czytać jest jeszcze trudniej.
Oba powyższe problemy narzucają tłumaczowi poważne ograniczenia. Najważniejszym jest konieczność zwięzłości przekładu. Zatem tłumaczone napisy siłą rzeczy muszą być krótkie. W większości przypadków, wiąże się to ze zubożeniem oryginalnych dialogów, i nie da się tego uniknąć. Na tym problemie wykłada się mnóstwo tłumaczy-amatorów, którzy próbują za wszelką cenę przetłumaczyć wszystko, co aktorzy mówią na ekranie. Rezultatem są długie, piętrowe napisy, których nijak nie da się czytać (tu ukłon w stronę twórców napisów do serialu “House M.D.”). Pogódźmy się więc z tym, że z czegoś będziemy musieli zrezygnować. Najczęściej wyrzuca się wszelkiego rodzaju powtórzenia, niepotrzebne zaimki, wykrzyknienia, i elementy zdania, które nie niosą ze sobą żadnej treści lub treść ta nie ma istotnego znaczenia dla odbioru fabuły.
Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów:
I won’t say one word. I promise.
można dosłownie i długo:
Nie powiem już ani jednego słowa. Obiecuję.
albo krótko przekazując taką samą treść:
Będę już cicho. Obiecuję.
Get your head down. Get your head down. There you go.
długo:
Połóż głowę. Połóż głowę. O tak.
krótko:
Pochyl głowę.
Hey! You’re not supposed to go in there!
dłużej:
Hej! Tam nie wolno wchodzić!
krócej:
Tam nie wolno wchodzić!
Na temat rozmaitych sposobów skracania i wywalania różnych rzeczy z przekładu napiszę może kiedyś oddzielną notkę. Póki co pozostawiam temat pod rozwagę. Generalnie im krótsze napisy tym lepiej dla widza.
Drugi problem wynika z pierwszego. Napisy muszą być czytelne. I to powinien być priorytet. Świetne tłumaczenie, które jest nieprzyswajalne w odbiorze to nie jest dobre tłumaczenie. Jak wyglądają czytelne napisy? Są krótkie, o czym była już mowa wyżej. Długość ich wyświetlania jest proporcjonalna do długości tekstu, przy czym nie powinna być krótsza niż 2 sekundy (nawet jeżeli tłumaczymy proste ‘yes’ czy ‘no’). Jeżeli nie będziemy skracać napisów do minimum starając się ocalić całą treść, to widz nie nadąży z ich czytaniem. Proste.
Czytelność napisów to też linie tekstu. Napisy składają się z jednej lub dwóch linii tekstu (a spotkałem takie z trzema, zasłaniającymi pół ekranu). Tekst musi być wyśrodkowany, żeby wzrok nie uciekał na boki. Linia tekstu nie może być zbyt długa. Ogólnie przyjętą normą, umożliwiającą przeczytanie napisu w rozsądnym czasie, jest 35 znaków (wliczając w to spacje i znaki interpunkcyjne). Czyli około 70 znaków na jeden napis. To, jak dzielimy tekst na linie też jest ważne. Gdy rozmawiają dwie osoby, to każdą kwestię rozpoczynamy myślnikiem i w nowej linii. Linie powinniśmy łamać nie przypadkowo ale tak, aby nie ucinać tekstu w dziwnych miejscach. Żadna z linii nie powinna być też wyraźnie dłuższa od drugiej.
I znów kilka przykładów:
He gave her a bunch of flowers and bowed politely.
źle:
Wręczył jej bukiet kwiatów i ukłonił się grzecznie.
dobrze:
Wręczył jej kwiaty
i ukłonił się grzecznie.
He shot his wife and then turned the gun on himself.
zły podział linii:
Zastrzelił żonę, a
potem popełnił samobójstwo
dobry podział:
Zastrzelił żonę, a potem
popełnił samobójstwo

